Uwagi dyletanta
ANDRZEJ PAZIO

W kraju, w którym 79% (tak dokładnie wykazały badania) kierujących pojazdami uważa, iż jeździ lepiej od innych mam śmiałość określić siebie jako dyletanta w kwestii bezpieczeństwa ruchu drogowego. I z takiej to pozycji - na zaproszenie prezesa Fundacji "Zapobieganie wypadkom drogowym" - napisałem te uwagi w nadziei, że może kogoś zainteresują a nawet okażą się pożyteczne.

Prawo jazdy na samochód i motocykl uzyskałem w połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Początkowo korzystałem z niego niemal codziennie jako kierowca motocykla WSK (125 cm 3 ) i okazjonalnie, dorywczo jako kierowca samochodu osobowego. Od połowy lat siedemdziesiątych użytkuję wraz z żoną własny samochód osobowy, przejeżdżając średnio rocznie ok. 10 tys. kilometrów w jazdach miejskich i pozamiejskich. Podczas mojej pracy w Afryce jeździłem samochodami dostawczymi i terenowymi.

Moje doświadczenie kierowcy traktuję jako skromne w porównaniu do praktyki kierowców zawodowych a także amatorów przejeżdżających rocznie dziesiątki tysięcy kilometrów, nie wspominając już o sportowcach samochodowych różnych dyscyplin. Dlatego właśnie w sprawach samochodowych i ruchu drogowego uważam się za dyletanta ale takiego, który spogląda na te zagadnienia oczami pilota szybowcowego, samolotowego i śmigłowcowego oraz lotniczego belfra pilotażu o czterdziestoletniej praktyce zawodowej pilota i instruktora.

Między czynnościami pilota i kierowcy występują nie tylko istotne różnice, ale także daleko idące podobieństwa. W obu rodzajach działania podstawowe znaczenia ma umiejętność obserwacji - dostrzegania tego co istotne, umiejętność kojarzenia spostrzeżeń w ocenę sytuacji i przewidywanie jej rozwoju z wyprzedzeniem stosownym do szybkości pojawiających się zmian sytuacyjnych oraz umiejętności panowania nad wehikułem, którym kierujemy, w takim stopniu, aby było oczywiste, że to nie ten właśnie wehikuł rządzi kierowcą albo pilotem.

W obu rodzajach czynności niemal koniecznym ale zupełnie niedostatecznym warunkiem bezpieczeństwa jest przestrzeganie obowiązujących przepisów, w tym ograniczeń oraz zakazów i nakazów. Można jeździć formalnie zgodnie z przepisami ale bez wyobraźni, bezmyślnie, bez przewidywania, nieżyczliwie dla innych uczestników ruchu a tym samym bardzo niebezpiecznie.

Oba rodzaje działalności (lotnictwo i ruch drogowy) są potencjalnie związane z zagrożeniami, ale ludzie w nich uczestniczący są w stanie zapewnić bezpieczeństwo efektywne świadomym postępowaniem. Umiejętność bezpiecznego prowadzenia pojazdu polega nie tylko na tym, aby samemu nie najechać w przechodnia, inny pojazd lub przeszkodę, ale także na tym, aby nie dopuścić do tego, aby ktoś inny nie wpadł na nas.

Dlaczego kierowcy przekraczają ograniczenia prędkości?

Przekraczanie dozwolonych prędkości jest tak powszechne, że sprawia wrażenie, że kierowcy przekraczający ograniczenia prędkości stanową w naszym Kraju większość. Chyba tak nie jest. Dla niektórych jednak jazda z prędkością niedozwoloną jest niebezpiecznym nawykiem. Wśród nich można wyróżnić:

1. Nowych właścicieli Ojczyzny, powożących drogimi samochodami, którym wprost nie wypada przestrzegać ograniczeń prędkości - wszak ich stać na mandaty albo nieco mniej kosztowne substytuty mandatów.

2. Kierowców samochodów "topowych" niegdyś modeli luksusowych marek, ale już bardzo leciwych i często w stanie technicznym pozostawiającym wiele do życzenia, którzy szpanują na nowobogackich, więc muszą jeździć tak szybko, jak ci jeżdżący rzeczywiście luksusowymi samochodami.

3. Kierowców samochodów segmentu A, którzy muszą udowadniać wszystkim, że "maluchem" można prześcignąć każdy większy samochód, jeżeli tylko jest się mistrzem kierownicy.

4. Kierowców dużych ciężarówek, ciągników siodłowych z naczepami i przyczepami, nie tylko TIR'ów ale również jeżdżących w ruchu krajowym, którzy na trasach jeżdżą ze swoją własną prędkością, której nie zmniejszają ani przejeżdżając przez oznakowane obszary zabudowane ani na odcinkach dróg z ograniczeniami prędkości. Ci bywają szczególnie uciążliwi dla kierowców samochodów osobowych przestrzegających ograniczeń prędkości.

5. Niektórzy kierowcy samochodów służbowych Straży Miejskiej lub Gminnej, którzy chcą się dowartościować i udowodnić, że oni też stanowią prawdziwą władzę, jak Policja a nie są jej imitacją.

Sadzę, że u podłoża takich niebezpiecznych zachowań kierowców "ścigantów" leży naiwna wiara w to, że im się nic złego nie może wydarzyć, a także brak życzliwości dla innych uczestników ruchu.

Do drugiej kategorii kierowców, którzy od czasu do czasu nie respektują ograniczeń prędkości, można zaliczyć takich (ze mną włącznie), co nie stosują się do zupełnie bezsensownych znaków drogowych bądź przeoczają "utajnione" znaki ograniczające prędkość. Ale jest to temat na odrębne spojrzenie okiem dyletanta.

Czy wszystkie ograniczenia prędkości są zasadne i właściwie zasygnalizowane?

Oczywiście, że nie ! Ileż to razy kierowca redukuje prędkość do 50 albo 60 km/ godz. nakłoniony do tego znakiem drogowym (B-33) i wlecze się na szerokiej niekiedy prostej drodze, do tego z twardymi poboczami, stanowiącymi jednolitą płytę z pasami ruchu, nie dostrzegając żadnego hipotetycznego nawet zagrożenia, uzasadniającego zasygnalizowane ograniczenie. Czasami ograniczenia takie występują na odcinkach długości kilku czy kilkunastu kilometrów a niekiedy nie są w ogóle odwoływane. Dlaczego przed widocznymi skrzyżowaniami dróg niemal zawsze ustawia się znaki ograniczające prędkość, najczęściej do 70 km/godz.? Jak bardzo często spotyka się ograniczenia przedmości do 40 a nawet 30 km/godz. w połączeniu ze znakiem ostrzegawczym o robotach drogowych (A-14), które jak widać ze stanu nawierzchni jeszcze się rozpoczęły albo już dawno się zakończyły!

Gdy o wjeździe do obszaru zabudowanego informowały białe tablice z czarnym napisem nazwy miejscowości i o wyjeździe z niego takież tylko czerwono przekreślone granice tego obszaru pokrywały się na ogół z granicami administracyjnymi miejscowości. Powodowało to, że w znacznej części droga "przelotowa" przez obszar zabudowany przebiegała faktycznie w obszarze, który nawet przy bardzo bujnej wyobraźni nie można było sensownie uznać za zabudowany.

Po wprowadzeniu znaków z "ruinkami" (D-42 i D-43) dla oznaczenia granic obszaru zabudowanego sytuacja się poprawiła. Rzeczywiście znak informujący o wjeździe do obszaru zabudowanego jest najczęściej ustawiany na realnej jego granicy i poprzedzany tablicą z nazwą miejscowości (E-17a). Odwrotnie znaki ustawione są przy wyjeździe. Ale w wielu miejscowościach oznaczenie obszaru zabudowanego jest nadal ustawiane w szczerym polu - tuż za znakiem E-17a. Często spotyka się, że znak obszaru zabudowanego (D-42) jest skutecznie zasłonięty znakiem miejscowości (E-17a) i kierowca po jego minięciu jest zaskakiwany ograniczeniem prędkości. Ma do wyboru gwałtowne hamowanie dla wytracenia nadmiaru prędkości na dystansie 2 - 4 m . albo spokojną redukcję prędkości z naruszeniem jednak ograniczenia, fatalnie źle zasygnalizowanego ale obowiązującego!

Niejednokrotnie można przypuścić, że zarządzający drogą upłynnia remanenty z magazynu znaków drogowych, gdyż brak jest innego racjonalnego uzasadnienia nazbyt bogatego oznakowania drogi. O znakach drogowych ukrytych w koronach drzew pisano już wiele. Niedawno telewizja pokazała rząd wielu znaków drogowych przed skrzyżowaniem w Warszawie i panią z dzielnicowego wydziału ruchu drogowego, która stwierdziła, ze oznakowanie to jest prawidłowe i zgodne z przepisami. Nieważne, że taki ciąg znaków nie jest możliwy do odczytania i zinterpretowania przez kierowcę. Urzędnik komunikacyjny - decydent nie ma w zakresie swych obowiązków wpisanego obowiązku znajomości podstaw psychologii działania kierowcy. A może powinien mieć?!

Ktoś może zarzucić użytkownikom dróg, również mnie, że nie zgłaszamy właściwym organom wadliwości oznakowania dróg. Ale czy słusznie? Przecież na ogół jedzie się samochodem w jakimś konkretnym celu. Trudno stawać przy każdym wadliwym oznakowaniu ( bywa ich wiele), robić notatki, zdjęcia i pomiary odległości. Gdy kiedyś zaproponowałem policjantom z drogówki, aby w raporcie służbowym opisali wadliwe oznakowanie, usłyszałem, że ocena prawidłowości oznakowania nie leży w ich kompetencjach - oni są od egzekwowania dostosowania się kierowców do nakazów i zakazów ustalonych znakami i tyle!

Kto więc w Polsce ponosi odpowiedzialność za prawidłowość oznakowania dróg? Teoretycznie za prawidłowe oznakowanie drogi odpowiada zarządzający nią a za nadzór organ ruchu drogowego, podlegający wojewodzie. A więc sprawa teoretycznie jest załatwiona - wystarczy tylko doskonalić system.

Uważam jednak, że tego systemu nie da się doskonalić, ponieważ opiera się na lokalnych układach i lokalnych przyzwyczajeniach się do istniejących, często zastarzałych nieprawidłowości. Powinien działać niezależny od tych układów system nadzoru nad oznakowaniem dróg. Przecież powołanie inspekcji transportu ma już swoje pozytywne skutki. Wydaje się konieczne powołanie również inspekcji drogowej, uprawnionej do karania tych, którzy nieprawidłowym oznakowaniem dróg utrudniają ruch drogowy (nieuzasadnione ograniczenia prędkości) i stwarzają zagrożenia w ruchu drogowym.

Wiem, że nie jest modne apelowanie o powołanie jeszcze jednej państwowej instytucji, ale przecież można rozważyć powierzenie obowiązków inspekcyjnych organizacji pozarządowej (Np. PZMot), która to uczyni lepiej i taniej niż państwowa biurokracja.

Możesz wspomóc działania fundacji datkiem
Konto: BGŻ S. A. Oddz. w W-wie 38 2030 0045 1110 0000 0080 0350